Jak zdać maturę z polskiego?

kwietnia 15, 2018


matura z polskiego

Był wtedy maj, kiedy Maj, czyli ja. Bloger kocia dupa we własnej osobie. Najnowsze wcielenie Buddy, ostatnia nadzieja białych, młody Sith, pozostający w ukryciu i ten, na którego przyjście ciągle czekają Żydzi, zdawałem maturę.

Żeby nie używać tutaj brzydkich słów, które niejednego czytelnika mogą zniechęcić do bloga powiem, że z nauczycielką od polskiego w liceum, miałem delikatnie mówiąc przejebane. Czuję, że gdyby mogła, to łeb by mi odcięła kawałkiem suszonej śliwki węgierki i nawet powieka by jej nie drgnęła.  Taka wyrachowana sucz z niej była. Moja wychowawczyni na dodatek. Już od pierwszego dnia, jak tylko w dzienniku zobaczyła moje nazwisko, o mało co nie dostała zapaści. Tak, była również wychowawcą mojego brata, który zakończył liceum rok wcześniej. 

Pisać zawsze lubiłem. Chociaż nie każdy lubił to czytać. Dyrektor szkoły już najbardziej nie. Tłumaczył, że ściany szkolne, to nie jest tablica i paluszkiem nu nu pokazał. Zrozumiałem. Nie pisałem więcej na ścianach. Wypracowania za to pisałem. Jako uczeń klasy humanistycznej, do której poszedłem tylko dlatego, że poza mną, było tam jeszcze 3 chłopaków, a reszta dziewczyny. Takiej ilości cycków na jednego faceta sam Playboy by pozazdrościł.


Od pierwszej klasy słuchaliśmy tego pierdolenia:

Musicie dużo pisać wypracowań, bo inaczej nie zdacie matury. Lektury wszystkie, to macie mieć w paluszku!

No i pisaliśmy. Co miesiąc jakieś jedno duże wypracowanie a’la matura strugaliśmy. Co miesiąc pogrążałem się coraz bardziej, dostając kolejną kosę do dziennika. Uwierzycie? Ja! Kocia dupa, z wypracowań dostawałem tylko jedynki.

A najbardziej wkurwiało mnie uzasadnienie – niezgodne z kluczem.
Klucz- słowo klucz. Co kurwa autor miał na myśli. Co myślał sobie Mickiewicz, kiedy upalony Afganem nad brzegiem ruczaju, pisał Świteziankę? Siedział, we łbie kosmos, ziomki odpłynęli całkiem, jakieś dziewczęta kąpały się topless w stawie, a jemu się wydawało chuj wie co. Sam autor nie wiedział, co pisze. Wstał na drugi dzień na kacu. Obok leżała rozbita lufka, na dupie nie miał gaci, a z tyłka wystawał mu lateksowy strzępek. Za to w ręku trzymał jakieś bazgroły. Przeczytał i stwierdził:

-O kurwa! Ale Meksyk musiałem mieć w bani. Opublikuję to dla jajec. 

A dzisiaj uczniów się zmusza do interpretowania tego i to na trzeźwo. Nawet lufki na dwóch nie pozwolą i później kurwa zdziwienie, że ludzi matury nie zdają.


Moja nauczycielka nie zwracała się do mnie normalnie. Nie mówiła po imieniu. Nie mówiła „proszę Pana”, czy „Wasza wysokość”. Od niej, razem z kumplem tylko słyszeliśmy „oo inteligencja z ostatniej ławki”. Aż się cisnęło na usta, by odpowiedzieć: „no.. i z takimi debilami się musimy użerać”.

Dzień matury z polskiego

Przyszedł dzień matury. Ja oczywiście, jako klasowy orzeł, byłem do niej świetnie przygotowany. Mój bilans przeczytanych lektur był powalający. Przeczytałem jedynie „Przedwiośnie”. No bo już dawno nie było Przedwiośnia, to teraz musi być przecież.

Wezwali mnie i oczom moim ukazał się widok, którego nie widziałem nigdy. Otóż miałem siedzieć w pierwszej ławce. Zaraz obok komisji. Chciałem zrobić selfika i wysłać polonistce z dopiskiem „masz tu kurwa swoją inteligencję z ostatniej ławki”. Nie wysłałem. Nie miałem wtedy telefonu, który miał z przodu aparat i w tamtych czasach, kto samemu sobie robił zdjęcia, musiał być zwyczajnym idiotą.
Siadłem i czekałem z nadzieją, że na kartach zastanę moje „Przedwiośnie”. Otworzyłem, zobaczyłem, Przedwiośnia nie ma, jestem w dupie. No i po chuju – pomyślałem. Dobrze pomyślałem.

Patrzę na tytuł, a tam: 


„Scharakteryzuj postać jakiegoś Tomcia Paluszka, który pojawił się w powieści „Chłopi”. O kurwa. Ostro. Nie dość, że nie czytałem, to jeszcze dali do opisu postać, która pojawiła się może na 3 stronach. To jakby oglądać Titanica i później ktoś Wam kazał opisać stolik, na którym grali w karty. Albo pornosa. Łysy bierze jakąś dziewotkę w łazience, a później pytanie: Czy pokazana pralka spełnia standardy 21 wieku? Wymień jej wady i zalety.


Przekręcam stronę, żeby zobaczyć drugi temat, a tam… Mickiewicz. No to pięknie. Mam wejść w czerep narkusa. Przecież ja nie jaram, to nie ma opcji, że podołam. No ale masz łeb, to kombinuj, jak mawiał klasyk.

Za Chłopów się nie biorę. A za tych, których nie znam, to już całkiem. Wybieram wiersz. Tylko jak to opisać. Trzeba być jebniętym, żeby coś takiego napisać, ale żeby to jeszcze interpretować?
Chuj tam. Piszemy. Pierwszy fragment. „Litwo, ojczyzno moja. Ty jesteś jak zdrowie”

Ocho. Nie dość, że ćpun, to jeszcze z Litwy. Jedziemy.


Autor, przekazuje czytelnikowi wiadomość, że jest na „Ty” ze swoją ojczyzną, którą nie jest tak, jak się nam wszystkim wydaje – Polska, tylko Litwa (to je na prawo u góry od nas)(też morze mają). Znają się długo, więc są na stopniu koleżeńskim, co dziwne nie jest. Za to dziwi porównanie do zdrowia. Ja pierdolę. Jak można porównać ojczyznę do zdrowia w sposób ją zachwalający? Żyjemy w państwie, w którym każdego jebie w krzyżu. Co drugi ślepy. Na wizytę do specjalisty czeka się latami. Lekarze strajkują, a rządzący zdrowie obywateli mają w swoich tłustych dupach. Więc niech ktoś mi wytłumaczy, jak można porównać ojczyznę do zdrowia?  Nie piękniej by brzmiało: Ty jesteś jak kac? Za każdym razem, gdy sobie o Tobie pomyślę, to chce mi się rzygać. Albo jeszcze lepiej. Ty jesteś jak prostytutka. Rucha Cię każdy sąsiad poza Węgrami i jeszcze płacić nie chcą za robotę w 39.

Na maturze wybrałem właśnie tę drugą wersję. Co jest najlepsze, to właśnie taki był klucz, bo uzyskałem ponad 80 procent. A przez całą ścieżkę edukacji, nigdy z wypracowania nie dostałem nawet dwójki… Da się? Pani polonistko z liceum, Ciebie pytam!?

Dlatego, jeśli srasz się na samą myśl, o zbliżającej się maturze, to spokojnie. I tak jej nie zdasz. Chyba, że jesteś tak zajebisty, jak ja. 

Jesteś?



You Might Also Like

0 komentarze

Facebook