Jebać blogi.

stycznia 29, 2019



Po cholerę mam się produkować z jakimś inspirującym niczym seriale paradokumentalne na TVN wstępem jak to radzą największe koksy blogosfery, wprowadzając powoli czytelnika w błogi nastrój, łechcząc jego zmysły, sprawić by się odprężył i pozwolił kolejnym sekundom zaznaczać swoją obecność na jego stronie, jak cały mój wstęp zawarty jest w tytule? Więc spokojnie. Jeśli jesteś blogerem, a mam nadzieję, że tak, to z pewnością znajdziesz tutaj coś, co Cię sowicie wkurwi i pozwoli Ci obrabiać mi dupę na zamkniętych grupach. Osz Ty niedobry ty. Nu nu nu. Tylko wiesz co? Wali mnie to.

Blogerów już nie ma!


Nie ma! Wyzdychali na jakąś Odrę, czy ki chuj? Kiedyś byli. Z dumą, jakby pierwszy raz bzykali, przywdziewali sobie łatkę blogera. A teraz? Jaki kurwa bloger? Ja jestem Influencerem! Czujesz to? Blogerzy w łańcuchu pokarmowym, to takie robaki, które wpierdalają gówno, wysrane przez kogoś więszego. Influencer to co innego. To jest szacun na dzielni, który porównać można jedynie do podeptania trawnika pod blokiem, mimo że jest tabliczka, by tego nie robić. Ba! Nawet nowe grupy na fejsie mają w swojej nazwie nie bloger a Influencer.

Kiedyś ludzie pisali notkę czy posta, a teraz każdy się reklamuje, że kurwa artykuł napisał. Jakby do Timesa na okładkę normalnie. Klikasz w linka, a tam? 15 zdjęć i 3 zdania opisu. Od chuja mi to artykuł.

 
Hipokryzja.

Ja na przykład jestem propagatorem zdrowego trybu życia, czyli wpierdalam jak leci mięcho, a jak grillowane to podwójnie.  Nigdy nie zostawię niedojedzonej goloneczki czy nieodpitego piwa. Zawsze u babci wszamię kotlecika z chlebem, więc nie ma takiej opcji, żeby mnie przyłapano w wegańskiej restauracji jak zajadam się jakąś trawą a sos sojowy cieknie mi po gębie. Nie!

Ale coraz częściej spotykam takie zachowania w blogosferze. Wyobraź sobie, że „laska” prowadzi bloga poświęconego sawławiwrowi. Uczy dobrych manier. Ogólnie to na drugie ma Etykieta. I co? Pierwsza do siania gównoburzy na grupach. A nawet widziałem niedawno, jak walczyła niczym lwica w obronie innej blogerki, która sama brała udział w dyskusji. Chuj z nią.

Można też pisać, tak jak jedna „wielka”, że jest najszczęśliwszą kobietą na świecie, a jej mąż pracuje na drugim końcu świata. Owszem. Szczęście raczej nie ma ścisłej definicji, ale do chuja wafla nikt mi nie wmówi, że szczęście to widzenie swojej rodziny raz na kilka miesięcy. Chuj z nią.

Można również w każdym poście nawoływać do samoakceptacji. Do pokochania siebie takim jakim się jest. Do polubienia swojego nadbagażu. By zaraz po tym pisać, że robi się skalpel i „wraca się do formy”. Chuj z nią

Można też być pozerem i szczycić się niczym żuk kulką gówna, że kim to się kurwa nie jest. Panem i władcą świata dosłownie. Chwalić się tym, ile to się nie zarabia, by zaraz potem… zorganizować zbiórkę na leczenie kota. Ciekawe czy mu się to udało, bo jak zadałem to pytanie bezpośrednio, to dostałem od razu Bana. Chuj z nim.

Można też żalić się, że inni blogerzy są be, bo nasyłają lewe arabskie konta na jej socjalki. Szkoda, że to zaraz po tym, jak samemu się wykupiło polubienia na Insta dla innej osoby i z oskarżonej, zrobiła z siebie ofiarę. Matka Madzi normalnie. Chuj z nią.

Można też wrzucać w co drugim zdjęciu swoje cyce i zapewniać, że taka naturalność i jędrność zarazem, to efekt ćwiczeń bla, bla, bla. Pewnie chińscy sprzedawcy push-upów z Ali  jej przytakną. Dać linka może? Mogłaby chociaż kupować swój rozmiar, a nie kilka za mały, co by jej ścisnęło jak gorset. Chuj z nią. chociaż nie. Bo to ta sama, co wyżej,

Jedynie matki piszące blogi są bez winy. Tak mogłoby się wydawać. Bo przecież tak chętnie zachwalają drewniane zabawki dla dzieci. Bo to takie super. Bezpieczne, fajne, rozwijające. Innych nawet nie ma co kupować. A chwilę po tym Wader, czyli producent jebanego plastikowego szajsu rzuca wywrotkę w barterze i co druga mamka struga pieśni wychwalające chińszczyznę.

Prawo dużych.

Nie ma czegoś takiego, że ot tak sobie zwrócisz uwagę komuś dużemu. Nie możesz. Nawet jeśli ten bloger coś odjebie konkretnie, np. jego dzieci pogryzą małpy, a ten będzie jeszcze reklamował produkt na pogryzienia, to nie napiszesz na profilu tej osoby, że takie zachowanie jest niestosowne czy ki chuj, bo zaraz dostaniesz bana. Nawet napisanie o tym na zamkniętej grupie dla blogerów nie jest dobre, bo jeszcze z ciebie zrobią winnego. Bo przecież każdemu może się zdarzyć, a Twoje zachowanie jest nie na miejscu. I to pisze gościówka od sawławiwru, czytaj gównoburzy.

Clickbajty.

Powiem tak. Jeśli jesteś małozasięgowym blogerem, to po wrzuceniu clickbajta, czyli tytułu rodem z Onetu, który z treścią ma wspólnego tyle co rudy z bzykaniem, to zostaniesz przez publikę zjedzony i wysrany w dwie minuty. Co innego duże blogi. Ich to nie dotyczy. Np. napisze tytuł: „Zrobiłam to 3 razy na pralce” a w treści pisze o jakiś gumowcach. Owszem, pojawiają się pojedyncze głosy niezadowolenia, ale szybko giną one w tłumie zachwyconych czytelniczek. Iim bardziej przegięty i popierdolony tytuł, tym więcej ludzi daje się nabrać i kliknie w link do strony. Bo im nie chodzi o to, żeby ktoś to czytał. Tylko żeby wszedł. Na minutę chociaż.

Książki.

Jesteś blogerem? Musisz napisać książkę. Inaczej jesteś nikim. Chuj z tym, że nie skończyłeś podstawówki, w każdym zdaniu robisz po pięć literówek, nie znasz podstawowych zasad ortografii, ale książkę masz napisać! Tylko kurwa o czym, skoro Twoje życie jest równie ciekawe co łuskanie grochu, nie wyróżnia Cię nic poza pryszczami na dupie i nie posiadasz wiedzy z jakiegoś wąskiego zakresu, która może się komuś przydać. Ale chuj tam. Pisz. Cokolwiek. Przecież jesteś blogerem. Ludzie Cię kochają. Pisz.

Żebrolajki

Znacie to uczucie, kiedy wchodzicie na jakiś blog, zwabieni clickbajtem, czy zdjęciem fajnej laski  w bikini bądź bez i jeszcze nie zdąży się otworzyć strona, jeszcze nawet na cycka nie spojrzycie, a już wyskakuje do Was niczym Seba z bramy komunikat z Facebooka, że masz natychmiast polubić tę stronę bo inaczej Twoja pralka będzie cierpieć? Ja wtedy zawsze robię dwie rzeczy. W tył zwrot i naprzód marsz.

To jeszcze penis. To można znieść. Ale jak ktoś Ci wyjeżdża w co drugim poście, żebyś koniecznie polubił, skomentował, bądź udostępnił posta, to odcinam mu wtedy od razu członka. Społeczności. Czyli odlubiam stronę. Pa pa.

Teraz lepiej. Można bycie blogerem wykorzystywać w konkursach na lajki. Wtedy wystarczy oblecieć wszystkich fanów tekstami, że dej bo ja muszem wygrać. Pomusz co? Zrobię za to lajva o pierdzeniu.

Rankingi dla blogerów.

Który bloger o takich nie słyszał? Który bloger nie marzył by w takim rankingu się znaleźć? Splendor, Wieczna chwała i pieśni śpiewane przez okolicznych bardów! To jakby w pojedynkę Troję podbić, albo przebiec sto metrów bez przerwy na szluga. Ale nie… ja bym nie chciała. Nie, no co Ty. Może kiedyś, ale teraz to nie. Absolutnie. A zaraz po ogłoszeniu wyników…

-Co kurwa!? Kto wygrał? Przecież jedyne do czego On się nadaje, to wycior do lufy nowiutkiego czołgu T42. Za co ja się pytam? Zapłacił! Loda zrobiła! Nie dziwne wcale, bo żle jej z pyska patrzy!


No to może teraz warto się skupić na samych rankingach.

Pierwszy to Share week. Czyli takie wzajemne masowanie sobie waginy. Ja tobie, a Ty mi. Czyli każdy bloger poleca dowolne trzy inne blogi i o tym, kto dostaje złotego, srebrnego, czy brązowego fiuta, decyduje ilość polecajek. I to jest piękne. Wystarczy, że masz bloga, na którym nie ma żadnego wpisu. Żadnego!  Ale z reala znasz kilku blogerów i prosisz ich o głos dla beki. Wtedy następuje ogłoszenie wyników i blog takiej osoby trafia na szczyt tego zjebanego konkursu.  Ale po co prosić znajomych. Nie lepiej jest poprosić… członków grupy, której jesteśmy adminem o głosy? Ups! Powiedziałem to głośno? Przepraszam. Nie chciałem. Jakby kurwa nikt nie wiedział, że takie machloje przechodzą.

To może warto wspomnieć o samym organizatorze? Powiem, że przez jakiś czas śledziłem jego fp i za chuj nie wiem, co mną kierowało, że aż tyle czasu moja łapka w górę u niego była. Łotewer! W każdym razie poza żniwami, czyli masowym nalotem napalonych blogerów tfu! Influencerów, którzy żyją tylko tym, kto kogo polecił dalej, jest u niego Pustynia! Pieprzona Sahara na, której tylko wiatr wieje. No ale, co ja tam wiem. Przecież jestem tylko blogerem. 

Kolejny ranking jest robiony dla najbardziej wpływowych blogerów. I są tam podziały podobnie jak w szerliku. Złoty, srebrny i brązowy kutas. Dodatkowo są jeszcze „wschodzące gwiazdy blogosfery” Spoko się wydaje. Tylko mam jedno ale. A raczej kilka al. Bo po pierwsze, wschodzące gwiazdy od kilku lat są te same. Czyli to podobnie jak z nazywaniem Piotrka Zielińskiego młodym talentem, mimo że ma on już 28 lat z tego co pamiętam. Fuck logic. Druga rzecz to fakt, że założyciel tego konkursu nie jest nawet blogerem. Tzn był. Dobry ponoć był. Jeden z lepszych. Tak jak Tomaszewski kiedyś. Porównanie nieprzypadkowe, ponieważ zarówno jeden, jak i drugi myślą, że świat nie idzie do przodu i do osiągnięcia sukcesu potrzeba dokładnie tych samych metod, jakimi oni posługiwali się w swoich czasach. Na przykładzie Sławka Peszko widać, że chlanie na zgrupowaniach teraz nie przynosi sukcesów, więc te metody można wsadzić sobie w skarpetę i później ją spalić. Dodatkowo zaimponował mi tegoroczny ranking, w którym znalazł się… założyciel pierwszego rankingu… nie mam kurwa pytań.

Ucz się, bo masz od kogo.

Zanim obrośniesz w piórka, bo oto udało Ci się współpracować z chińskim producentem ciuchów, to poobserwuj jak to robią inni. Lepsi. Jest sporo blogerów wartych naśladowania. Wartych podglądania. Wartych, by się od nich uczyć. Co nie zmienia faktu, że i tak #jebaćblogi. Zostawiam Was teraz kochani koledzy blogerzy z kijami w dupach. Dalej róbcie to, co robicie najlepiej, czyli walcie się. A ja teraz idę na spokojnie poczytać PigOuta. Bo go nie było w tych Waszych zjebanych rankingach. Nara. Idźcie teraz hejtować, bo co Wy innego możecie zrobić?

You Might Also Like

0 komentarze

Facebook